Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sybiracy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sybiracy. Pokaż wszystkie posty

piątek, 16 listopada 2012

"TAK BYŁO... Sybiracy. Oblicza Syberii"

subiektywna ocena książki: 6/6



Szara okładka z pomiętym i wypłowiałym ze starości czarno-białym zdjęciem przedstawiającym wielodzietną rodzinę w ubogich strojach. Jest to portret rodziny Janików zesłanych na Syberię 10 lutego 1940. Fotografię wykonano w 1941. Jedna z nielicznych zachowanych pamiątek z tamtego okresu.

Takich rodzin jak Janikowie było wiele. Deportowano ich z Kresów Rzeczpospolitej głównie za polskie korzenie i inteligenckie lub arystokratyczne pochodzenie. Im „groźniejszym” elementem ktoś był dla władzy radzieckiej, tym jego życie na zesłaniu było cięższe.

Najtrudniejsze były oczywiście łagry i więzienia. Tu praca była najcięższa i najniebezpieczniejsza, np. przy wyrębie tajgi lub w kopalniach. Śmiertelność z wycieńczenia, chorób i głodu pobijała rekordy, a możliwość wydostania się z niewoli znikoma.

Znamienne są słowa Rosjanina, więźnia NKWD, które powiedział do Bronisława Tomczyka, polskiego zesłańca w chwili, gdy dowiedział się on, że tworzone jest wojsko polskie (Armia gen. Andersa (1941 r.))
„Tak, wy w drogę, rebiata [tu: chłopcy]. Wy to szczęśliwi. Wam się już skończyło. Do domu, do żon. Jeszcze parę dni, a wy znowu będziecie ludźmi.”
„Nic to – powiedziałem – dzisiaj my, jutro wy.”
„O nie – druh- nie, my Ruscy, my ich znamy. Kto raz popadł w ich ręce, to nieprędko wyjdzie. Do NKWD wrota są szeroko otwarte, ale z NKWD to nawet mucha się nie wyślizgnie.” (s.432-433)

Tak, dla części Polaków nastała wtedy szansa na wolność. Nie wszyscy z niej mogli skorzystać, głównie dotyczyło to młodych mężczyzn, w mniejszym stopniu młodych kobiet. Reszta musiała nadal walczyć o przetrwanie. A jeszcze bardziej po ucieczce Andersa do Iranu. Oczywiście bolszewicy uznali to za zdradę umowy i zaostrzyli gnębienie pozostałych. Należało się tego spodziewać. Cóż jednak biedni zesłańcy mogli poradzić na brak dyplomatycznego taktu generała, pozostawiającego ich na pastwę losu? Nic. Jedynie poczuć rozczarowanie i czekać na kolejną okazję „amnestii”.

I doczekali się. Dla jednych był to rok 1945, dla innych 1946. Dla wielu wolność nigdy nie nastała, zostały po nich zapomniane mogiły lub, jako obywatele, ZSRR zostali zmuszeni do pozostania na obcym terenie.

Ci, których wspomnienia zawarto w książce, wrócili. Z nadwyrężonym zdrowiem, mizernym „majątkiem” ograniczającym się najczęściej do jednego małego tobołka i łachów na grzbiecie, ze zmarnowanymi latami życia. Głodni i zastraszeni. Ale wrócili. I pamiętali… I pamiętają…

                 W książce wspominają:

  •   Henryk Giluk
  • Stanisława Kaczmarczyk
  • Halina Kopeć
  • Antonina Korperttowa
  • Antoni Ratyński
  • Zbigniew Szczepański
  • Bronisław Tomczyk

  •  TAK BYŁO… Sybiracy. Oblicza Syberii., t.13, Wydawnictwo Związek Sybiraków Oddział w Krakowie, Kraków 2007

środa, 10 października 2012

Hanka Ordonówna, "Tułacze dzieci"





Rosja. Syberia. Pierwsze skojarzenia: zsyłki, kibitki, procesy m.in. filaretów i filomatów, Mickiewicz, Dziady. Drugie: druga wojna światowa, Czapski, Herling-Grudziński i...  déjà vu - zsyłki, bydlęce wagony, bezprawne procesy. Śmierć z wyczerpania, wyzysk, poniżenie i wyniszczanie (zarówno fizyczne jak i psychiczne). A wśród tego wszystkiego dzieci. Tracące swoje dzieciństwo, zdrowie, rodziny.

O tym wszystkim przez wiele lat milczano. I nic dziwnego, samemu można było skończyć równie tragicznie. Tym cenniejsze więc wydaje się to, że teraz już wolno. Mówić, badać, odkrywać. Oczywiście, jak przez wieki, jest to źle widziane przez naszych wschodnich sąsiadów, którzy cierpią na syndrom dobrego ojczulka imperialisty i starają się wymazać te niechlubne działania ze swojej "idealnej" historii.

Już w latach czterdziestych próbowano mówić głośno prawdę. Niestety, niezbyt się nią interesowano. W bloku wschodnim - z wiadomej przyczyny, a w bloku zachodnim - z przyczyny... wiadomej. Tej samej, dla której nikt nie kiwnął palcem, gdy Niemcy atakowali Polskę i potem, gdy robili to Rosjanie.

Zapewne dlatego pierwsze wydanie książki Hanki Ordonówny (wówczas pod pseudonimem Weronika Hort)  Tułacze dzieci, ukazało się nakładem Instytutu Literackiego w 1948 w Bejrucie. Nie śledziłam kolei losów tej pozycji, ale nietrudno się domyślić, że do Polski trafiła ona wiele lat później.

Ordonka opisuje w niej historię wyrywania (dosłownie) z łap sowieckich polskich dzieci zesłanych, najczęściej z całymi rodzinami, na Syberię. Walkę z obłudą władz rosyjskich i biurokratyczną kołomyją, sterowaną przez partyjnych przywódców. Przemyca też zdarzenia wcześniejsze, ukazujące bestialstwo systemu i ludzi. Pokazuje również to, co zostało z radosnych kiedyś młodych ludzi. Bez koloryzowania, bez wyolbrzymiania.

Trudno nie zapamiętać tych opowieści. Nie na co dzień psy rozszarpują matkę na oczach dzieci, kilkulatkowie stają się głowami rodziny, dbającymi o zapewnienie chleba młodszemu rodzeństwu, a paroletnie dzieci mają podstawowy cel: dotrzeć na "foksal" (dworzec kolejowy), byle tylko przeć naprzód. To nie są historie szczęśliwego czasu i miejsca...

Pociesza jednak fakt, że te dzieci udało się wywieźć do Indii. Wyzwolić z rosyjskich zapędów likwidowania świadków i śladów, by mieć "czyste" konto. Duża w tym zasługa wielu ludzi dobrej woli, którzy nie szczędzili zdrowia i swoich sił, by tylko te dzieci ocalić. I także dla nich warto tę książkę przeczytać.



Hanka Ordonówna, Tułacze dzieci, Wydawnictwo LTW, Łomianki, 2005(?)

Przeniesione z mojego bloga Złożony parasol (data opublikowania 25.03.2011)