Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia. Pokaż wszystkie posty

środa, 15 listopada 2023

"Jak zmieścić całą starożytność w jednej windzie" T. Papakostas

 Zdawałoby się, że siedzenie w zepsutej windzie może spowodować jedynie atak paniki. Ale nie u Theodore Papakostasa. Ten człowiek ma nerwy ze stali i zacięcie belferskie objawiające się wbrew wszelakim przeciwnościom.

Jak już wspomniałam, żadna winda mu niestraszna, nawet taka tkwiąca między piętrami. A jeżeli znajduje się w niej jeszcze jakiś potencjalny uczeń, to właściwie przypadek utknięcia, traktuje on jako dar od losu. Dlatego, gdy taka sytuacja zaistniała, nie mógł sobie odmówić przyjemności "nawrócenia grzesznika" z manowców niewiedzy.

Na szczęście do owych "zapędów" nauczycielskich, Theodore dołączył zdolności gawędziarskie, więc przymusowa rozmowa, okazała się całkiem interesująca. Dotyczyła zaś głównie historii Grecji od czasów przedhistorycznych do średniowiecza. Autor opowiada, jednocześnie porządkując informacje o epokach, o kolejnych przemianach cywilizacyjnych i kulturowych, o władcach, o archeologii i terminologii w niej stosowanej.

Historia w pigułce okazuje się zatem niezbyt gorzka i dość łatwa do przełknięcia. Nie wnosi żadnych rewelacji, ale dla laika, który nigdy nie zajmował się starożytnością, okaże się ona na pewno ciekawa.

Lektura dla osób, które szukają krótkiego kompendium ze starożytności, podanego w lekkiej formie.


Papakostas Theodore, Jak zmieścić całą starożytność w jednej windzie, Wydawnictwo HI:STORY, 2023

poniedziałek, 10 maja 2021

"Posełki. Osiem pierwszych kobiet" O. Wiechnik

Jakże chciałabym, żeby karty podręczników, także historycznych, zapełniły się wreszcie, wyrzucanymi od wieków w sposób metodyczny poza nawias pamięci, kobietami. Żeby dziewczynkom dane było poznać nie tylko sztandarowe Marię Skłodowską-Curie i Emilię Plater, ale i inne ważne dla Polski i świata kobiety. Żeby zapełniono wreszcie ten wstydliwy dół ignorancji i wykluczenia. Żeby przestano wciskać kit, że historia mężczyzn jest uniwersalna, bo tak naprawdę jest tylko połową prawdy, historią mężczyzn, przefarbowaną na obiektywną, tak, jak historia arystokracji udaje historię całego narodu. Pora na dopuszczenie do głosu innych.

Cieszę się, że ostatnie lata obfitują w książki, które powoli tę wiedzę normalizują,  wprowadzają do ogólnej świadomości wybitne postacie kobiet, wyciągają z cienia ich osiągnięcia, wartości i ideały. 

Jedną z nich jest książka Posełki. Osiem pierwszych kobiet Olgi Wiechnik. Autorka opisuje w niej losy pierwszych polskich posłanek (czy jak kto woli - posełek). Zgrabnie łączy opowieść o ich życiu prywatnym z publicznym, powołując się na ocalałe dokumenty i wspomnienia osób, choćby pośrednio znających główne bohaterki. Historie przez nią opowiedziane nie nużą, pomimo dużej ilości informacji. Dzieje się tak dlatego, że opisują nietuzinkowe postacie, odważne i pracowite kobiety z krwi i kości. Pionierki i społecznice, często geniuszki w swoich dziedzinach. Kobiety waleczne, bo zwalczające nie tylko obiektywne problemy, ale i próbujące zburzyć patriarchalną ścianę, od której niejednokrotnie odbijały się ich inicjatywy. Te kobiety to bohaterki, godne pomników i nazw ulic. Najwyższy czas na ich docenienie.


Olga Wiechnik, Posełki. Osiem pierwszych kobiet, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2019






piątek, 28 kwietnia 2017

"Pradzieje Tarnowa" J. Okoński

Przez wiele lat niewiele wiedziano o przedhistorycznych czasach wielu miejscowości. Również Tarnowa. Oczywiście, pojawiały się tu i ówdzie jakieś skorupy, dziwnie obrobione kamienie, jakieś wypalone jamy. Dla laików rzeczy mało istotne. Ot, śmieci, o których nie warto nawet wspominać.

Jednak na szczęście dla potomnych pojawił się też pasjonat, Bolesław Czapkiewicz, profesor tarnowskiego gimnazjum, malarz, archeolog amator. I to on jako pierwszy zaczął wypełniać białe plamy na karcie tarnowskiej prehistorii. Dzięki niemu przetrwało nie tylko wiele wykopalisk, ale i ich rysunków. Szczególnie cenne są te, które uwieczniają przedmioty zaginione w czasie wojennej zawieruchy. 

Po latach badania Czapkiewicza przydały się jego następcom. Mogli oni dołączyć je do własnych, poszerzając wiedzę i nanosząc na mapę kolejne miejsca związane z osadnictwem w regionie. Okazało się bowiem, że Tarnów ma o wiele starszą genezę niż pierwotnie sądzono, chociaż niekoniecznie związaną ze Słowianami. 

Jerzy Okoński w swojej książce Pradzieje Tarnowa w przejrzysty dla laika sposób przybliża prehistorię miasta i okolic, co więcej, przybliża również archeologię, porządkując epoki i zamieszczając ilustracje niektórych z odnalezionych przedmiotów. Opowiada się też za jedną ze stron sporu o historię miasta, popierając jedną z hipotez. 

Książka Okońskiego jest ciekawą pozycją, chociaż przypuszczalnie częściowo nieaktualną, została przecież wydana w 1990 roku, czyli prawie trzydzieści lat temu. To sporo czasu, tym bardziej, że wciąż   prowadzone są badania archeologiczne, odświeżające informacje na temat przeszłości miasta. Warto ją jednak przeczytać, bo aż tak wiele w archeologii się przecież nie zmienia.

  • Jerzy Okoński, Pradzieje Tarnowa, Tarnowskie Towarzystwo Kulturalne, Tarnów 1990

czwartek, 8 grudnia 2016

"Papież i Mussolini" D.I. Kertzer



Mussolini trzymał w swoim gabinecie popiersie Napoleona, Hitler – Mussoliniego. Faszyzm dał początek nazizmowi. A cały ten „łańcuszek” naznaczony był obficie ludzkimi ofiarami. Liczonymi w milionach.


Mussolini był ludobójcą. Spotkała go za to kara. Ale zanim jego żywot dobiegł końca, realizował skutecznie swój plan dotarcia na szczyt. A papież, Pius XI, wydatnie mu w tym pomógł. Zupełnie interesownie. Za przywileje dla Kościoła katolickiego. Kosztem wolności, tolerancji, socjalistów, Żydów, demokracji. 

Pius XI dał się uwieść i przez szereg lat tworzyli z Mussolinim zgrany duet. W miarę wzrostu władzy faszystów, współpraca zaczęła szwankować. Szala coraz bardziej przechylała się na stronę świecką. I chociaż konkordat uczynił z Włoch państwo wyznaniowe, papież czuł, że ma coraz mniejszy wpływ na duce.

Kertzer wiele lat poświęcił na zbieranie materiałów do książki. Prześlęczał mnóstwo godzin w bibliotekach i archiwach Watykanu, wyszukując danych potrzebnych do rzetelnego przekazania informacji o tamtych czasach. Dlatego mógł stworzyć naprawdę wiarygodny obraz. Fascynujący i zarazem przerażający. Uzmysławiający po raz kolejny, jak garstka ludzi, łącząc siły, może zaszkodzić ludzkości.

  • David I. Kertzer, Papież i Mussolini. Nieznana historia Piusa XI i rozkwitu faszyzmu w Europie, tłum. Jan Dzierzgowski, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2016






poniedziałek, 7 listopada 2016

"Ballada o kapciach" A. Kaczorowski



Ballada o kapciach. Ale ta ballada taką bardziej gawędą, bardziej wspomnieniem się jawi. Krokiem w historię. Trochę własną, trochę przodków, a trochę wspólną. Ale na pewno ciekawą. Jak każda opowieść o życiu. 

Jest w tej opowieści Aleksandra Kaczorowskiego miejsce dla dziadków i rodziców, dla wujów i ciotek, dla miejsc bliskich jego sercu. Szukamy więc razem z nim jego korzeni. Błąkamy się po pamięci jego i jego najbliższych. Krążymy po ziemi mazowieckiej, docierając do Sochaczewa, Żyrardowa, Grodziska Mazowieckiego i kilku innych miejscowości, mając za przewodnika rzetelnie przygotowanego do tej roli autora. Bo odwołuje się on do tekstów m.in. Pawła Hulki-Laskowkiego, Stanisława Rembeka, Izaaka Babla. Wrzuca on w swoje eseje również odrobinę reportażu. I rozmawia, rozmawia, rozmawia, ciągnąc za języki nie tylko najbliższych.

I tak dowiadujemy się np., że przedwojenny Żyrardów miał swoją aferę finansową, że Sochaczew mógłby zostać nazwany miastem „frontu”, gdyż tyle razy ścierały się tu i w jego okolicy różne armie, że w Grodzisku żył Franciszek Kłos, bandyta i kolaborant, którego losy zostały nie tylko opisane, ale i sfilmowane. 

Kaczorowski sypie wiedzą i anegdotami, porusza różne tematy całkiem subiektywnie, czasami ostro, bardzo emocjonalnie, nie kryjąc swoich sympatii i antypatii. Dlatego nie jest bezbarwny i dlatego czyta się go z zainteresowaniem.


  • Aleksander Kaczorowski, Ballada o kapciach, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012

poniedziałek, 23 marca 2015

"Skandaliści w koronach" A. Zieliński

Nigdy nie miałam złudzeń, że Polska jest krajem o nieskazitelnej historii. Miałam bowiem nauczycieli, którzy nie postawili sobie za cel przekazywania mitów i bajeczek „ku pokrzepieniu serc”, za to rzetelnie przekazywali wiedzę. Jednak to rzetelne podejście do przekazu informacji spowodowało także to, że nie umniejszam swojego kraju wobec innych państw i narodów, bo oni też święci ani wyjątkowi nie byli i nie są. Pukam się zatem w czoło, gdy słyszę bzdety o jakichś ludach wybranych, nadludziach i obrońcach wiary – to zwykła przykrywka dla rasizmu, nietolerancji i pazerności. Szkoda tylko, że są one  tak rozplenione jak chwasty na polu i jak one równie trudne do usunięcia. 

O takich negatywnych stronach władzy, tym razem królów polskich, pisze Andrzej Zieliński w swojej książce Skandaliści w koronach. Jest to pozycja pełna ciekawych, zwykle przemilczanych informacji o naszych władcach. Chociaż nie tylko. Bo pośrednio jawi się tu także niezbyt pozytywny obraz polskich możnowładców,  szlachty i kościoła katolickiego, kupczących Polską i działających tylko w swoim prywatnym interesie.  Jako przykład dbania kleru o swoje przywileje (tak, tak, już wtedy działali bardzo sprawnie) było spowodowanie usunięcia z pocztu polskich królów Bolesława II, zwanego dzisiaj Zapomnianym, syna Mieszka II, panującego po nim w Polsce, ale pragnącego powrotu dominacji pogaństwa. Jak wiemy z historii kościół potrafi skutecznie zwalczać swoich przeciwników, dlatego i Bolesław nie zagrzał zbyt długo miejsca ani na tronie, ani na tym naszym padole łez. A to tylko jeden z przykładów.

Nasi władcy byli tylko ludźmi, nic nowego. Mordowali się nawzajem dla władzy i wpływów, oszukiwali, cudzołożyli, zarażali się chorobami wenerycznymi (tak wygasła m.in. dynastia Jagiellonów, której ostatni przedstawiciel również nie potrafił odebrać władzy główce w spodniach), sprowadzali na pomoc obcych, a w końcu kupczyli ziemią państwową – najbardziej hojny okazał się Stanisław Leszczyński, o, zgrozo, wybierany na króla polskiego aż dwukrotnie). O mniejszych ich przewinieniach nawet nie warto wspominać. 

Skandaliści w koronach ściągają zasłonę z oczu naiwnym, pokazują „ciemną stronę mocy” i obalają mit, jakoby monarchia była najdoskonalszym ustrojem.

Warto się z tą pozycją zapoznać, żeby nie tkwić w błogiej nieświadomości i niewiedzy. I po raz kolejny powtórzę: historia magistra vitae est, więc uczmy się, więc uczcie się. Także samodzielnego myślenia.


  • Andrzej Zieliński, Skandaliści w koronach. Łotry, rozpustnicy i głupcy na polskim tronie, Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 2013

poniedziałek, 20 października 2014

"Eva Braun. Intymność z Hitlerem" D. Costelle



adres obrazka
Sięgnęłam po tę książkę z ciekawością. Bo jak to jest zakochać się w mordercy milionów… Jak z miłością patrzeć w tę twarz, która wydawała rozkazy, pociągające za sobą śmierć, cierpienie, nienawiść… Jak fascynować się oziębłością i kompleksami… 

Jako odpowiedź znalazłam kronikę fotograficzną i filmową (zdjęcia z klatek filmów kręconych przez Evę). 

Prywatne oblicze Hitlera. Bez munduru, uśmiechniętego, w okularach,  z lupą (miał słaby wzrok, ale nie przyznawał się do tego publicznie), zagubionego, zabawiającego dzieci, lubiącego zwierzęta, pasjonata zdrowego życia (nie pił, nie palił, hodował ekologiczną żywność w swojej szklarni), miłośnika Wagnera oraz wygimnastykowanych „ czysto aryjskich” ciał kobiet (szczególnie ich bioder ujętych z tyłu). 

Mężczyzny fatalnego doprowadzającego kobiety do rozchwiania emocjonalnego i prób samobójczych (w przypadku jego siostrzenicy Angeliki Raubal skutecznej). 

    [Eva] Czuje się jak w klatce. Źle znosi długie nieobecności kochanka, ale też jego niespodziewane wizyty, którym towarzyszą pospieszne uściski. Źle znosi jego humory, które zmieniają się w zależności od aktualnych problemów politycznych, o których nigdy nie mówi.
    Eva podejmuje pierwszą próbę samobójczą. Na pamiątkę pozostaje jej tylko rana na szyi. 
s.91

Osobnika popadającego ze skrajności w skrajność – od wyciszenia po wybuchy złości, od kompleksu niższości i niewiary w siebie po megalomanię i wyjątkowe zarozumialstwo. Rasisty przesączonego jadem i pogardą do wybranych „wrogów”. Ryzykanta na pograniczu szaleństwa i geniuszu, co pozwoliło mu wygrać początkową fazę wojny i podbić wiele krajów.

Psychopaty, który chciał być artystą…

To wszystko w jednym człowieku. 

Aż nadto. 

Wystarczająco.

Dla wielu fanatyczek nazizmu. Dla Evy Braun. Tajnej kochanki, wyznawczyni, wielbicielki. 

Eva kocha Adolfa jak zwierzę, jak pies kocha swojego pana, jak Blondi kocha Hitlera.  
s.91

W końcu żony. Poślubionej bez romantyzmu. W zaduchu bunkra przy asyście przerażonego urzędnika cywilnego. Kobiety wiernej mu aż po grób.

Dziwne są oblicza miłości…

Kolejna książka o Hitlerze. Eva Braun głównie w tle. Temat intymności zaledwie muśnięty. Szkoda. Warto zajrzeć dla niepublikowanych wcześniej zdjęć.


Daniel Costelle, Eva Braun. Intymność z Hitlerem, tłum. Andrzej Wróblewski, Wydawnictwo Klub Dla Ciebie, Warszawa 2008


poniedziałek, 13 października 2014

"Hanka Bielicka. Umarłam ze śmiechu" Z. Korpolewski

subiektywna ocena książki: 4/6


adres obrazka

Hanka Bielicka była niekwestionowaną gwiazdą, filarem, obok Ireny Kwiatkowskiej, warszawskiego Teatru Syrena. Wybitną interpretatorką monologów rewiowych i aktorką charakterystyczną, której występy zapisywały się w pamięci i sercach nie tylko widzów, ale i słuchaczy - bo przecież nie można nie wspomnieć o kultowym w czasie PRL-u „Podwieczorku przy mikrofonie”, w którym występowała.

Pani Bielicka była postacią barwną. Tytanem pracy, kobietą kochającą ludzi i zwierzęta, hojną, inteligentną, zabawną, o energii mogącej zasilić pół miasta. Śmiało można ją nazwać „dobrem narodowym”. Oczywiście w nieodłącznym kapeluszu.

Artystka miała wielu przyjaciół. Współpracowała z kilkoma autorami tekstów. Jednym z nich był Zbigniew Korpolewski, który postanowił napisać o niej książkę.

I napisał. Zawarł w niej dużo anegdot, wspomnień, niepublikowanych monologów, historii o kulisach występów rewiowych i kabaretowych. Wprowadził czytelnika w ten egzotyczny świat artystów sprzed lat. To na plus.

Na minus. Trochę nużące były powtórzenia w tekście, a lekko irytujący pewien rodzaj samozachwytu autora nad własną rolą w karierze Hanki Bielickiej. 

Mimo to, książka jest ciekawa i warta przeczytania.


Zbigniew Korpolewski, Hanka Bielicka. Umarłam ze śmiechu. Wspomnienia, anegdoty, niepublikowane monologi, Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 2011