Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kobieta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kobieta. Pokaż wszystkie posty

środa, 12 października 2016

"Zakonnice odchodzą po cichu" M. Abramowicz



Jak dyskutować z argumentem szefowej: „jestem namiestniczką Boga”, dlatego masz mnie słuchać ? I zupełnie nie ma znaczenia, że jej decyzja w czyjejś sprawie jest głupia, zła czy szkodliwa, liczy się tylko bezwzględne posłuszeństwo. Tym bardziej, że ślubowane. W wielu przypadkach wieczyście. I nie ma uproś. Sumienie może sobie łkać, rozsądek krzyczeć. Posłuszeństwo i kropka. Bo to ultrakatolicyzm właśnie. Ultrakatolicyzm skurczony do małych społeczności kobiet, które tkwią odizolowane od świata za murami zakonów. Jakże dalekich często w Polsce od Boga. 

O tym, że głupi i ograniczeni ludzie na nieodpowiednich stanowiskach mogą narobić wiele szkód, łatwo się domyślić. Tak samo dzieje się w klasztorach. Zdawałoby się wprawdzie, że trafiają tam tylko uduchowieni idealiści, ludzie o wielkim sercu. Zdawałoby się… Prawda jest jednak inna. Poświadczają o tym przypadki mobingu, samobójstw, rezygnacji z życia konsekrowanego. „Szemrzą” głosy byłych zakonnic, których tak naprawdę „nie ma”. Bo przecież takie zjawisko w przyrodzie nie występuje. A przynajmniej nie występowało do czasu pojawienia się książki „Zakonnice odchodzą po cichu”. I już coś tam słychać. Nie za głośno, całkiem nieśmiało, ale już. I najwyższy czas. Bo pora na reformy. Także dla zakonnic. By mogły wreszcie znaleźć się w XXI wieku, a nie ciągle tkwić w prehistorii.


  • Marta Abramowicz, Zakonnice odchodzą po cichu, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2016

wtorek, 27 stycznia 2015

"Zawsze o tym marzyłam" R. G. Goleman



subiektywna ocena książki 4/6

źródło obrazka
 Któregoś dnia Rita Golden Goleman, autorka książek dla dzieci, postanowiła spełnić swoje marzenie. Pozbyła się balastu w postaci mieszkania, zostawiła męża, który nie chciał z nią podróżować,  i ruszyła w świat. Została współczesną koczowniczką, jak sama siebie nazwała. 

W moim mniemaniu zaczęła nadużywać gościny innych, ale nie będę drobiazgowa. 

Na początku wyrusza do Meksyku. Trafia do wioski Zapolteków. Obserwuje, próbuje się zaprzyjaźnić. Najpierw jest traktowana z rezerwą. Udaje jej się w końcu przełamać lody, gdy przebiera się w miejscowy strój. 

Tę taktykę mimetyzmu, jako sprawdzoną i skuteczną, stosuje później w swoich podróżach. Tym bardziej, że wyjątkowo interesują ją ludzie.

Wiele lat spędza na Bali, zaproszona przez miejscowego księcia. Praktycznie zadomawia się tam. Bali staje się miłością jej życia. Wyjeżdża stamtąd dopiero po śmierci swojego protektora.

Za to wielkim rozczarowaniem okazuje się Izrael, do którego pojechała w poszukiwaniu swoich korzeni. Rita jest bowiem z pochodzenia żydówką. Niestety zetknięcie z ortodoksyjnymi Izraelitami i ich rasistowskim podejściem, bardzo ją rozczarowało. 

Zupełnie inaczej wspomina Nową Zelandię, gdzie znalazła wielu przyjaciół. 

Rita podróżuje i zdobywa nowe doświadczenia. Spędza nawet trochę czasu w ośrodku dla orangutanów. Rozwodzi się z mężem, odbudowuje swoją duchowość, walczy z przeciwnościami. I idzie na kompromis, kupując w końcu dom, żeby jej dzieci miały gdzie przyjeżdżać ją odwiedzać.

Na moje oko przestaje być koczowniczką, a staje się zwyczajną podróżniczką. 

Książka napisana barwnym językiem. Czasami irytująca (to moje subiektywne wrażenie) i powierzchowna.


  • Rita Golden Goleman, Zawsze o tym marzyłam. Opowieść o kobiecie, która na krańcach świata odnalazła szczęście, tłum. Martyna Bielik, Wydawnictwo Pascal, Bielsko-Biała, 2012

poniedziałek, 5 stycznia 2015

"Masa o kobietach polskiej mafii" A. Górski, J. Sokołowski

subiektywna ocena książki: 3/6

źródło obrazka




Od czasu do czasu jakiemuś bandycie zaczyna się palić grunt pod nogami. Postanawia wtedy iść na współpracę. I zostaje świadkiem koronnym. Wkopuje wtedy swoich kompanów, a sam „cudownie nawrócony”, żyje na wolności pod zmienionym nazwiskiem, chroniony przez system. „Odpowiednia” to przecież kara dla mordercy i gwałciciela.
Jeden z takich „nawróconych” to Jarosław Sokołowski - „Masa”, jeden z członków sławnej w swoim czasie mafii pruszkowskiej. Odkrył on w sobie nie tylko pokłady „dobra”, ale i talent literacki. Opowiada więc o złu, które wyrządzali, komentując od czasu do czasu, że jest on jedynym znawcą tematu. 

Może i znawcą jest, ale czy jedynym? Śmiem wątpić. Tym bardziej, że historie, które serwuje nie są specjalnie oryginalne. Ot, opowieści o troglodytach, którzy dzięki rozwiązaniom siłowym dorobili się ogromnych pieniędzy i stali się dla samych siebie dobrymi wróżkami, spełniającymi każdą swoją zachciankę. Kosztem innych.
To jednak wiedziałam już wcześniej, bez sięgania po książkę „Masy” i Górskiego. Wszędzie mechanizmy przemocy są takie same i historie bandytyzmu mogą różnić się jedynie detalami. 

Książka jest napisana przyzwoicie. Roi się w niej od przykładów, pseudonimów, wspomnień innych powiązanych z mafią ludzi. Ze względu na temat nie jest to lektura lekka i przyjemna, szarga wrażliwością w niektórych momentach bardzo. Tytuł jest jednak dość mylący. Niewiele się można w tej książce dowiedzieć o kobietach mafii, oprócz dobrze nam znanych stereotypów. 

Kobiety mafii są tu przedstawione z punktu widzenia dość szowinistycznego mężczyzny, powierzchownie, przedmiotowo („dupy do rżnięcia”, których imion, a nawet twarzy zazwyczaj się nie pamięta), jako niższy gatunek człowieka o funkcjach reprezentatywnych (przed kumplami), praktycznych (gosposia, rodzicielka i żona), podrzędnych (zakaz wtrącania się w „męskie sprawy” – bo się nie znają). Nie ma tu nic z perspektywy kobiet. Żadnej drugiej strony medalu. Szkoda.

·   Artur Górski, Jarosław Sokołowski, Masa o kobietach polskiej mafii, Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 2014
 

poniedziałek, 22 grudnia 2014

"Marylin. Ostatnie seanse" M. Schneider

subiektywna ocena książki: 4/6


źródło obrazka

To zabiła się ta Marylin sama czy ktoś jej pomógł? Zagadka od wielu lat pozostaje nierozwiązana. Powstają setki publikacji na ten temat, ujawniane są wciąż nowe fakty, nagrania i dokumenty, ale to tylko wierzchołek góry lodowej. Prawda leży, póki co, na cmentarzu Westwood Memorial Park w Los Angeles, w grobie sławnej aktorki. Być może nigdy nie „zdradzi” nam ona tej tajemnicy.

Ale Marylin Monroe była nie tylko gwiazdą, lecz i człowiekiem. Kobietą z licznymi problemami psychicznymi (od depresji po schizofrenię), przez lata biorącą udział w seansach terapeutycznych. Nadużywającą leków i alkoholu. Seksoholiczką bez przerwy szukającą prawdziwej miłości i ciepła rodzinnego, którego nie zaznała w dzieciństwie. Kobietą inteligentną, chociaż zakompleksioną. Ciągle uzupełniała braki wykształcenia z młodości. Dużo czytała, interesowała się różnymi rzeczami. Pisała poezję.

Książka Schneidera skupia się głównie na aspekcie psychoanalizy w życiu MM. Cała historia krąży wokół tego tematu. Pojawiają się nazwiska Freud (zarówno Zygmunta, jak i jego córki Anny, u której Marylin przez pewien czas się leczyła), Marianne Kris czy Ralph Greenson (ostatni terapeuta MM). 

W ówczesnym Hollywood moda na psychoanalizę była żywa i prawie wszyscy korzystali z porad terapeutów. Nie zawsze skutecznych, jak można zauważyć obserwując życie różnych gwiazd, MM również.

Szczególnie ciekawe zagmatwane relacje z ostatnim terapeutą MM Greensonem, który nie przeprowadzał klasycznej psychoanalizy, a starał się zastąpić aktorce ojca. Próbował też stworzyć jej coś w rodzaju rodziny zastępczej, zapoznając ją ze swoją żoną i dziećmi. Były to trudne relacje ze względu na dużą zaborczość MM, potrafiącą dzwonić do swoich przyjaciół w środku nocy, gdyż np. czuła się samotna.



Krótko mówiąc, nie było łatwo z Marylin. Nikomu. Nawet jej samej.

  • Michel Schneider, Marylin. Ostatnie seanse, tłum. Jacek Giszczak, Wydawnictwo Znak, Kraków 2008