Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty

środa, 21 grudnia 2016

"Carska filiżanka" M. Głowiński

Carska filiżanka. Czyż to nie ciekawy tytuł? Już samym swoim brzmieniem zachęcający do czytania? Kojarzący się z domem, przodkami, pięknem. Przyznam, że nie mogłam się mu oprzeć. I nie żałuję, bo opowiadania oparte na autobiograficznych wątkach potwierdziły moje intuicyjne przeczucia.

Jest ich szesnaście. Napisane zostały w konwencji wspomnień. Czas, o którym traktują, rozciąga się od czasów wojennych do peerelowskich. Każda z tych migawek pamięci odkrywa historie różnych osób, snuje się wokół określonych zdarzeń, najczęściej podsumowanych w ich tytułach. Dla każdego, kto przeczytał książkę, nie będą tajemnicą np. Zabójczy chleb lub Kaszanka i śnieg. Dwa niezwykle poruszające obrazki z okupacyjnego życia żydowskiego chłopca. A tych „zakładek” pamięci, jak wspomniałam wcześniej, jest kilkanaście. Dodam, że napisanych pięknym stylem. 

Nie mam wątpliwości, że jeszcze kiedyś do nich powrócę.


  •  Michał Głowiński, Carska filiżanka, wydawnictwo Wielka Litera, Warszawa 2016

wtorek, 27 stycznia 2015

"Zawsze o tym marzyłam" R. G. Goleman



subiektywna ocena książki 4/6

źródło obrazka
 Któregoś dnia Rita Golden Goleman, autorka książek dla dzieci, postanowiła spełnić swoje marzenie. Pozbyła się balastu w postaci mieszkania, zostawiła męża, który nie chciał z nią podróżować,  i ruszyła w świat. Została współczesną koczowniczką, jak sama siebie nazwała. 

W moim mniemaniu zaczęła nadużywać gościny innych, ale nie będę drobiazgowa. 

Na początku wyrusza do Meksyku. Trafia do wioski Zapolteków. Obserwuje, próbuje się zaprzyjaźnić. Najpierw jest traktowana z rezerwą. Udaje jej się w końcu przełamać lody, gdy przebiera się w miejscowy strój. 

Tę taktykę mimetyzmu, jako sprawdzoną i skuteczną, stosuje później w swoich podróżach. Tym bardziej, że wyjątkowo interesują ją ludzie.

Wiele lat spędza na Bali, zaproszona przez miejscowego księcia. Praktycznie zadomawia się tam. Bali staje się miłością jej życia. Wyjeżdża stamtąd dopiero po śmierci swojego protektora.

Za to wielkim rozczarowaniem okazuje się Izrael, do którego pojechała w poszukiwaniu swoich korzeni. Rita jest bowiem z pochodzenia żydówką. Niestety zetknięcie z ortodoksyjnymi Izraelitami i ich rasistowskim podejściem, bardzo ją rozczarowało. 

Zupełnie inaczej wspomina Nową Zelandię, gdzie znalazła wielu przyjaciół. 

Rita podróżuje i zdobywa nowe doświadczenia. Spędza nawet trochę czasu w ośrodku dla orangutanów. Rozwodzi się z mężem, odbudowuje swoją duchowość, walczy z przeciwnościami. I idzie na kompromis, kupując w końcu dom, żeby jej dzieci miały gdzie przyjeżdżać ją odwiedzać.

Na moje oko przestaje być koczowniczką, a staje się zwyczajną podróżniczką. 

Książka napisana barwnym językiem. Czasami irytująca (to moje subiektywne wrażenie) i powierzchowna.


  • Rita Golden Goleman, Zawsze o tym marzyłam. Opowieść o kobiecie, która na krańcach świata odnalazła szczęście, tłum. Martyna Bielik, Wydawnictwo Pascal, Bielsko-Biała, 2012

piątek, 16 listopada 2012

"TAK BYŁO... Sybiracy. Oblicza Syberii"

subiektywna ocena książki: 6/6



Szara okładka z pomiętym i wypłowiałym ze starości czarno-białym zdjęciem przedstawiającym wielodzietną rodzinę w ubogich strojach. Jest to portret rodziny Janików zesłanych na Syberię 10 lutego 1940. Fotografię wykonano w 1941. Jedna z nielicznych zachowanych pamiątek z tamtego okresu.

Takich rodzin jak Janikowie było wiele. Deportowano ich z Kresów Rzeczpospolitej głównie za polskie korzenie i inteligenckie lub arystokratyczne pochodzenie. Im „groźniejszym” elementem ktoś był dla władzy radzieckiej, tym jego życie na zesłaniu było cięższe.

Najtrudniejsze były oczywiście łagry i więzienia. Tu praca była najcięższa i najniebezpieczniejsza, np. przy wyrębie tajgi lub w kopalniach. Śmiertelność z wycieńczenia, chorób i głodu pobijała rekordy, a możliwość wydostania się z niewoli znikoma.

Znamienne są słowa Rosjanina, więźnia NKWD, które powiedział do Bronisława Tomczyka, polskiego zesłańca w chwili, gdy dowiedział się on, że tworzone jest wojsko polskie (Armia gen. Andersa (1941 r.))
„Tak, wy w drogę, rebiata [tu: chłopcy]. Wy to szczęśliwi. Wam się już skończyło. Do domu, do żon. Jeszcze parę dni, a wy znowu będziecie ludźmi.”
„Nic to – powiedziałem – dzisiaj my, jutro wy.”
„O nie – druh- nie, my Ruscy, my ich znamy. Kto raz popadł w ich ręce, to nieprędko wyjdzie. Do NKWD wrota są szeroko otwarte, ale z NKWD to nawet mucha się nie wyślizgnie.” (s.432-433)

Tak, dla części Polaków nastała wtedy szansa na wolność. Nie wszyscy z niej mogli skorzystać, głównie dotyczyło to młodych mężczyzn, w mniejszym stopniu młodych kobiet. Reszta musiała nadal walczyć o przetrwanie. A jeszcze bardziej po ucieczce Andersa do Iranu. Oczywiście bolszewicy uznali to za zdradę umowy i zaostrzyli gnębienie pozostałych. Należało się tego spodziewać. Cóż jednak biedni zesłańcy mogli poradzić na brak dyplomatycznego taktu generała, pozostawiającego ich na pastwę losu? Nic. Jedynie poczuć rozczarowanie i czekać na kolejną okazję „amnestii”.

I doczekali się. Dla jednych był to rok 1945, dla innych 1946. Dla wielu wolność nigdy nie nastała, zostały po nich zapomniane mogiły lub, jako obywatele, ZSRR zostali zmuszeni do pozostania na obcym terenie.

Ci, których wspomnienia zawarto w książce, wrócili. Z nadwyrężonym zdrowiem, mizernym „majątkiem” ograniczającym się najczęściej do jednego małego tobołka i łachów na grzbiecie, ze zmarnowanymi latami życia. Głodni i zastraszeni. Ale wrócili. I pamiętali… I pamiętają…

                 W książce wspominają:

  •   Henryk Giluk
  • Stanisława Kaczmarczyk
  • Halina Kopeć
  • Antonina Korperttowa
  • Antoni Ratyński
  • Zbigniew Szczepański
  • Bronisław Tomczyk

  •  TAK BYŁO… Sybiracy. Oblicza Syberii., t.13, Wydawnictwo Związek Sybiraków Oddział w Krakowie, Kraków 2007

sobota, 3 listopada 2012

"Byłam po drugiej stronie lustra", A. Lauveng



Schizofrenia jest pułapką dla umysłu. Myśli dają się oplątać nierealnymi wizjami, zmysły poddają się oszukańczym grom. Nic nie jest na swoim miejscu, a lęk, wstyd i bezsilność dominują jak udzielni książęta wśród innych uczuć. 

Nie jest łatwo być atakowanym przez swoje urealnione lęki, zupełnie pozbawione skrupułów. Powoduje to wewnętrzne rozbicie, utratę wiary w samego siebie, nieporadność w pokonywaniu agresorów.

Nie jest łatwo wyjść ze schizofrenii. Ale… jest to możliwe. Całkowicie udaje się to zaledwie (czy aż) jednej trzeciej pacjentów, jedna trzecia jest wyleczona częściowo (tzn. funkcjonuje normalnie w społeczeństwie przy wspomaganiu farmakologicznym) i tylko pozostała część przegrywa walkę. 

Arnhild Lauveng wygrała. Wydostała się ze „szponów” choroby, została psychologiem (co było jednym z jej dziecięcych marzeń) i obecnie pomaga innym zmagać się z psychicznymi problemami. 

Zapewne to, że sama borykała się z podobnymi trudnościami jak jej pacjenci, daje jej głębszy i bardziej empatyczny wgląd w ich schorzenia. Co nie oznacza, że jest „wszystkowiedząca”. Jak sama twierdzi, każdy z przypadków jest indywidualny i musi być rozpatrywany osobno, pomimo pewnych podobieństw. 

Lauveng doskonale pamięta swoje zmagania z chorobą. Długoletni czas wycięty z jej życiorysu. Pełen luk w pamięci (wywołanych środkami psychotropowymi), których nie będzie już nigdy w stanie samodzielnie uzupełnić. Pamięta grozę jaką przejmowały ją wszechobecne wilki i sadystyczny Kapitan. Ból ran, które sobie sama zadawała. Poniżenie "fundowane" przez innych. Ale pamięta także miłość otrzymywaną od swojej matki i siostry. Kobiet, które nigdy nie zwątpiły w jej wyzdrowienie. 

Znamienne dla ich relacji jest zdarzenie opisane przez autorkę w książce. Wspomina ona o jednej ze swoich rzadkich wizyt w domu, gdy przybyła tam tylko na kilka godzin, a jej pokój był wysprzątany, wodne łóżko ciepłe, zaś na stole stał najpiękniejszy i najcenniejszy w domu porcelanowy serwis z różyczkami. To sprawiło, że poczuła się kochana i oczekiwana. Dało jej siłę, by poskromić swoją chęć rozbijania wszelkiego rodzaju kubków i talerzy, służących jej później do samookaleczania się. Bo przecież jej mama wiedziała, co może zrobić z tym pięknym serwisem. Mimo to jej zaufała. Jak zdrowej Arnhild, a nie pacjentce szpitala psychiatrycznego.

Lauveng wspomina także innych ludzi: lekarzy, terapeutów, pielęgniarki, policjantów. Tych dobrych i tych, którzy zupełnie minęli się z powołaniem, gdyż i takich nie brakowało.
Opisała na przykład historię z pielęgniarką. Pewnego dnia siedziały w sali głównej i rozmawiały o tym, czy pomarańcza jest owocem cytrusowym, czy nie. Arnhild twierdziła, że tak, pielęgniarka nie zgadzała się z nią. Dziewczyna podniosła się i podeszła do półki ze słownikami, żeby sprawdzić kto ma rację. Pielęgniarka chyba nie chciała być głupsza od „psycholki”, więc wezwała pomoc, która szybko zajęła się „niebezpieczną” pacjentką. Czym bowiem były wówczas jej słowa, że chciała tylko sprawdzić hasło w słowniku… 

Jej słowo, słowo schizofrenika nic nie znaczyło. Podobnie jak jej wyrażane wprost uczucia i potrzeby. Nikogo nie obchodziło, gdy spokojnie informowała, że czuje się samotna, nieszczęśliwa czy zmęczona. Reagowano dopiero na przekaz przerysowany, „okraszony” gwałtownym lub niebezpiecznym zachowaniem, przywoływaniem „na pomoc” omamów (w jej przypadku wilków). Niezwykle paraliżowało to wolną wolę pacjenta. 

Lauveng wyzdrowiała. Ale nie zapomniała, dlatego postanowiła napisać o swoich przeżyciach, by w ten sposób pokazać mechanizmy działania zakładów zamkniętych  i samej schizofrenii. Jej książka to zbiór bardzo osobistych przeżyć, refleksji i wskazówek. Można dzięki niej wiele zrozumieć i dużo się nauczyć. Nie ma tam bowiem owijania w bawełnę, ukrywania „brzydkich” momentów, jest za to szczera aż do bólu prawda. 

  • Arnhild Lauveng, Byłam po drugiej stronie lustra. Wygrana walka ze schizofrenią, tłum. Ewa Bilińska, Wydawnictwo Smak Słowa, Sopot 2008

środa, 10 października 2012

Hanka Ordonówna, "Tułacze dzieci"





Rosja. Syberia. Pierwsze skojarzenia: zsyłki, kibitki, procesy m.in. filaretów i filomatów, Mickiewicz, Dziady. Drugie: druga wojna światowa, Czapski, Herling-Grudziński i...  déjà vu - zsyłki, bydlęce wagony, bezprawne procesy. Śmierć z wyczerpania, wyzysk, poniżenie i wyniszczanie (zarówno fizyczne jak i psychiczne). A wśród tego wszystkiego dzieci. Tracące swoje dzieciństwo, zdrowie, rodziny.

O tym wszystkim przez wiele lat milczano. I nic dziwnego, samemu można było skończyć równie tragicznie. Tym cenniejsze więc wydaje się to, że teraz już wolno. Mówić, badać, odkrywać. Oczywiście, jak przez wieki, jest to źle widziane przez naszych wschodnich sąsiadów, którzy cierpią na syndrom dobrego ojczulka imperialisty i starają się wymazać te niechlubne działania ze swojej "idealnej" historii.

Już w latach czterdziestych próbowano mówić głośno prawdę. Niestety, niezbyt się nią interesowano. W bloku wschodnim - z wiadomej przyczyny, a w bloku zachodnim - z przyczyny... wiadomej. Tej samej, dla której nikt nie kiwnął palcem, gdy Niemcy atakowali Polskę i potem, gdy robili to Rosjanie.

Zapewne dlatego pierwsze wydanie książki Hanki Ordonówny (wówczas pod pseudonimem Weronika Hort)  Tułacze dzieci, ukazało się nakładem Instytutu Literackiego w 1948 w Bejrucie. Nie śledziłam kolei losów tej pozycji, ale nietrudno się domyślić, że do Polski trafiła ona wiele lat później.

Ordonka opisuje w niej historię wyrywania (dosłownie) z łap sowieckich polskich dzieci zesłanych, najczęściej z całymi rodzinami, na Syberię. Walkę z obłudą władz rosyjskich i biurokratyczną kołomyją, sterowaną przez partyjnych przywódców. Przemyca też zdarzenia wcześniejsze, ukazujące bestialstwo systemu i ludzi. Pokazuje również to, co zostało z radosnych kiedyś młodych ludzi. Bez koloryzowania, bez wyolbrzymiania.

Trudno nie zapamiętać tych opowieści. Nie na co dzień psy rozszarpują matkę na oczach dzieci, kilkulatkowie stają się głowami rodziny, dbającymi o zapewnienie chleba młodszemu rodzeństwu, a paroletnie dzieci mają podstawowy cel: dotrzeć na "foksal" (dworzec kolejowy), byle tylko przeć naprzód. To nie są historie szczęśliwego czasu i miejsca...

Pociesza jednak fakt, że te dzieci udało się wywieźć do Indii. Wyzwolić z rosyjskich zapędów likwidowania świadków i śladów, by mieć "czyste" konto. Duża w tym zasługa wielu ludzi dobrej woli, którzy nie szczędzili zdrowia i swoich sił, by tylko te dzieci ocalić. I także dla nich warto tę książkę przeczytać.



Hanka Ordonówna, Tułacze dzieci, Wydawnictwo LTW, Łomianki, 2005(?)

Przeniesione z mojego bloga Złożony parasol (data opublikowania 25.03.2011)