Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść obyczajowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść obyczajowa. Pokaż wszystkie posty

sobota, 8 lipca 2023

"Tam, gdzie las spotyka się z niebem" Glendy Vanderah

 

Pojawienie się w życiu ornitolożki Joanny tajemniczej dziewczynki o imieniu Ursa , przewraca cały jej świat do góry nogami. Ursa pojawia się u niej niespodziewanie, wygląda na ofiarę przemocy, ale uparcie twierdzi, że jest kosmitką zesłaną na Ziemię, by podjąć badania nad jej mieszkańcami.

Joanna podchodzi sceptycznie do tego tłumaczenia, ale godzi się pomóc dziecku. To pierwszy krok do szeregu cudów, które zaczynają się wydarzać w jej życiu.

Joanna wie, że musi zgłosić przybycie dziewczynki odpowiednim służbom, żeby nie zostać posądzoną o porwanie. Jednak sprawy się komplikują, a kobieta zadaje sobie wciąż pytania: skąd wzięła się Ursa i kim tak naprawdę jest?

W rozwikłaniu zagadki pomaga jej sąsiad, Gabriel. W pewnym momencie nie są już tacy pewni, czy chcą usłyszeć prawdę. Ale jak to w życiu bywa, prawda i tak ich dosięga.

Książka o przyjaźni, skomplikowanych relacjach i miłości. Z kryminalną zagadką w tle. wzruszająca i ciekawa. Polecam.


Vanderah Glendy, Tam, gdzie las spotyka się z niebem, tłum. Dorota Stadnik, Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA, Warszawa 2022

wtorek, 22 czerwca 2021

Projekt "Rosie" G. Simsion

Kiedy mężczyzna szuka kobiety... historia stara jak świat, powiecie, ziewając. To zacznę jeszcze raz. Kiedy uznany profesor genetyki z zespołem Aspergera szuka żony... o, widzę ten lekki błysk zainteresowania. I myślę, że ten błysk absolutnie wystarczy, żeby zacząć czytać. A potem pozwolić się ponieść perypetiom owego profesora, Dona Tillmana, oryginała jakich mało.

To, że jest tzw. aspi, powoduje szereg komplikacji w jego życiu i przyczynia do szeregu nieporozumień i zawirowań, ale równocześnie stawia go w niektórych dziedzinach na pozycji uprzywilejowanej. Don posiada bowiem wyśmienitą pamięć (co oczywiście nie jest standardem u wszystkich aspi, ale mitologizowanie robi swoje), zna świetnie sztuki walki i ma zdolność porządkowania wszystkiego wokół - oczywiście wzbudzając u mniej zorganizowanych jednostek zdecydowany opór. Jednak, pomimo tych wszystkich umiejętności, jest również osobnikiem nieradzącym sobie kompletnie z relacjami społecznymi i emocjami. Oczywiście, jako perfekcjonista, stara się poradzić sobie z tym fantem. Czy mu się uda? Dowiedzcie się sami, sięgając po książkę. Polecam.


Graeme Simsion, Projekt "Rosie", tłum. Maciej Potulny, Wydawnictwo Media Rodzina, Poznań 2013


poniedziałek, 14 czerwca 2021

"Gambit królowej" W. Tevis

Nie jestem pasjonatką szachów. Nie mam na to dość cierpliwości i samozaparcia. Podziwiam jednak tych, którzy, z wypiekami na twarzy od emocji, potrafią przez długie godziny wpatrywać się w szachownicę, obmyślając strategię pokonania przeciwnika. Ale ten podziw nie skutkuje moim kibicowaniem szachistom. Po prostu. Podziwiam i tyle.

Dlatego to, że sięgnęłam po książkę Gambit królowej, nie było działaniem celowym i zamierzonym. Był to zupełny przypadek. Planowałam przeczytanie kryminału retro, a otrzymałam... powieść obyczajową z leitmotivem.

Pomimo zaskoczenia, nie rzuciłam jej w kąt, tylko brnęłam dalej, coraz bardziej dając się wciągać w kolejne szachowe rozgrywki głównej bohaterki. Nieważne, że nazwy skomplikowanych ruchów nic mi nie mówiły, że czułam się jak na wyprawie po nieznanych lądach, istotne było to, że wciąż chciałam czytać, ciągle "grać" z Beth Harmon w jej grę. I gdy "rozgrywka" się skończyła, poczułam rozczarowanie, że to już koniec.


Walter Tevis, Gambit królowej, tłum. Hanna Pustuła-Lewicka, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2020






poniedziałek, 27 marca 2017

"Prawdziwa historia oparta na kłamstwach" J. Clement

Liść – powiedziałaby Josefa, a Sofia by jej przytaknęła. Bo to jedno słowo wystarczyłoby. Bo „każdy liść to usta”, a usta opowiadają historie. I te prawdziwe, i te oparte na kłamstwie. Jak w życiu.

Także tym Leonory. Miotłowego dziecka, które los poprowadził z klasztornej szkoły wprost do domu państwa O’Conner. Miejsca, gdzie spędziła wiele lat jako służąca, opiekująca się dziećmi swoich pracodawców.

Leonora jest Indianką. Jej jedynym wianem jest rada matki, by zawsze mówiła „tak”, gdyż „nie” jest „uparte jak muł” i jest „słowem dla niegodnych warg”. Stosuje się do niej, co w konsekwencji powoduje jej upadek.

Lecz zanim to się zdarzy, jej życie płynie dość monotonnie. Sumiennie spełnia swoje obowiązki, przyjaźni się z Josefą i Sofią, korzysta z wolnego czasu. Ot, egzystencja zwykłego człowieka.


Jennifer Clement świetnie operuje prozą poetycką. Wciąga aż po same uszy.

  • Jennifer Clement,  Prawdziwa historia oparta na kłamstwach, tłum. Karolina Zaremba, Dom Wydawniczy MAŁA KURKA, Piastów 2014

piątek, 17 lutego 2017

"Muskając aksamit" S.Waters



Ileż to ja już lat temu planowałam przeczytanie tej książki? Cztery, pięć? Ale w końcu ukonkretniłam zamysły i „wykonałam” plan. A wrażenia?  Hmmm…

Zapowiadało się na romans historyczny i takowym się okazało(żeby jednak nie zawęzić kategorii, powiem, że jest to również niezła powieść obyczajowa), chociaż autorka odbiegła od tradycyjnego modelu akcji, opartego na perypetiach mężczyzny i kobiety, wprowadzając bardziej złożone relacje międzyludzkie.

Główne skrzypce oddano narratorce nieheteronormatywnej, Nancy Astley, prostej dziewczynie, córce sprzedawcy ostryg z Whistable. To jej barwne życie stało się kanwą powieści. A naprawdę, miała o czym opowiadać…

Bo ze zwykłej, pracującej w sklepie ojca, osiemnastolatki stała się gwiazdą londyńskich scen. Późniejsze jej dzieje wyglądały różnie, zdradzę tylko, że w pewnym momencie swojego życia upadła z wielkim hukiem.

Jak na romans przystało – wszystko to dzięki miłości i przez miłość.

Waters  świetnie wprowadza czytelnika w historyczne realia dziewiętnastego wieku , ukazując ich koloryt i urozmaicenie. Pokazuje mu „od podszewki” londyński „szołbiznes”, zasady panujące w ówczesnym półświatku, życie zwyczajnych ludzi. 

Opowieść Nancy daje okazję do zapoznania się z różnymi warstwami społecznymi, od ubogich po najbogatsze, z wyszczególnieniem środowisk homoseksualnych. 

Wyjątkowo cenne jest ukazanie ówczesnej mentalności, pruderii i zakłamania, prowadzących do niszczenia jednostek i wypychania ich poza społeczeństwo lub odbierających im prawo do zachowania własnej tożsamości.

Jak na literaturę dla dorosłych przystało, nie zabrakło też scen łóżkowych, niektóre zakwalifikowałabym nawet do lekkiej pornografii. Na szczęście nie są one dominującym elementem powieści i stanowią jedynie obrazowe uzupełnienie obyczajowości epoki.


  • Sarah Waters, Muskając aksamit, Wydawnictwo Prószyński i S-ka, tłum. Magdalena Gawlik-Małkowska, Warszawa 2009


poniedziałek, 31 października 2016

"Carol", P. Highsmith




Kiedy mężczyzna spotyka kobietę… Wróć. To nie ta bajka. Zatem od początku. Kiedy kobieta spotyka kobietę. W malowniczym… Jakim malowniczym? Zupełnie zwyczajnym. Domu towarowym. Pięknego letniego… Guzik prawda. Zupełnie zimnego i wietrznego dnia tuż przed świętami Bożego Narodzenia… I co? I co? Nie przerywaj. Kiedy kobieta spotyka kobietę… sprzedaje jej kuferek. I tyle? A gdzie romantyzm? Romantyzm? W pierwszym spojrzeniu jednej z nich. Taki zupełnie piorunujący i otumaniający. Jak wzrok węża dla jego ofiary. A więc jednak grzech? Jaki grzech? Początek znajomości, która w pewnym momencie zaczyna zmieniać temperaturę na wyższą. To jednak grzech. Jaki grzech? Przecież miłość nie jest grzechem, co ty opowiadasz. Ale wtedy… No dobrze, masz rację, wtedy to było wielkie obyczajowe „halo”. Tak duże, że nawet Autorka historii musiała się schować pod pseudonimem i to w innym wydawnictwie niż swoje. Takie czasy wtedy były. Że „poprawnym politycznie” grzech był ciągle na myśli. Szczególnie, gdy można go było wytknąć innym. A te kobiety? Otóż to…

Kiedy młoda sprzedawczyni, Therese Belivet dostrzega, jeszcze wówczas nieznajomą, Carol Aird, przeżywa szok. Nie może oderwać od niej wzroku, pragnie jej obecności, kontaktu z nią. Te uczucia są dla niej nowe i niepokojące. Nie wie, co się z nią dzieje, ale mimo wszystko, brnie w tę nowość całą sobą. Co więcej, nie porzuca tych uczuć. Zaczyna działać. Ma cel, do którego stopniowo dąży. Nie może w tym dążeniu stanąć jej na drodze niekochany przez nią narzeczony, konwenanse społeczne, niepewność efektu. Próbuje i… jak przystało na klasyczny romans, wszystko kończy się dobrze. Dwie połówki jabłka znajdują się na właściwym miejscu, chociaż koszty dla jednej z nich są znacznie większe. Haracz dla społeczeństwa musiał być jednak opłacony. Jak to zwykle bywało z zakazanymi związkami. 


  • Carol, Patricia Highsmith, tłum. Krzysztof Obłucki, wydawnictwo Noir sur Blanc, Warszawa, 2016

wtorek, 18 października 2016

"Kwiaty na poddaszu" - V.C. Andrews




Do sięgnięcia po tę książkę skłoniły mnie opinie innych czytelników. Skusiłam się  więc. I… czytając, miałam mieszane uczucia. Okazało się bowiem, że pomysł dobry, ale… jakoś tak stereotypowo poprowadzony. Bo niby dlaczego wszyscy tacy wyjątkowo piękni i utalentowani, tacy osiągający sukcesy i wzbudzający miłość? Trochę ta wizja przesłodzona, jak dla mnie, nawet jeżeli miał to być zabieg, mający przygotować nas na mocniejszy odbiór zmiany obrazu rzeczywistości postaci po kluczowym dla akcji zdarzeniu.

Autorka opowiada historię rodziny wyrosłej z kazirodczego związku wuja z bratanicą, którego owocem jest czwórka dzieci. Wszyscy oczywiście są szczęśliwi, kochający się, urodziwi i wyjątkowi. Taka bajka dla dorosłych. I w tę sielankę wkracza śmierć. W wypadku ginie ojciec rodziny. Od tego momentu zaczynają się kłopoty. Finansowe oczywiście. Wdowa nie potrafi sobie z nimi poradzić. Zwraca się zatem do swoich niezwykle bogatych rodziców o pomoc. Otrzymuje ją, lecz pod ciężkimi warunkami.  „Odsetki” za nią zapłacą jej dzieci, których kilka lat upłynie w izolacji od świata. Jednak, czy można było inaczej potraktować to „grzeszne nasienie”? Dziadkowie nie mają co do tego wątpliwości. Kara za grzechy musi być. Tak każe religia, a oni są jej fanatycznymi wyznawcami. Biblia przed miłosierdziem. 

Książka nierówna. Obok świetnych, oryginalnych pomysłów, oklepane. Ale i tak dobrze ją oceniłam, gdyż na pewno, dzięki głównemu wątkowi poruszającemu każdą wrażliwą osobę, ją zapamiętam.


Kwiaty na poddaszu, Virginia Cleo Andrews, tłum. Bożena Wiercińska, Wydawnictwo Świat Książki, Warszawa 2014

czwartek, 16 kwietnia 2015

"Cztery pory lata" R.L. Górska

Kornelia ze wszystkich sił stara się być singielką, od czasu do czasu pozwalając sobie na chwilowe zmiany statusu. Jej podejście do stałych związków są solą w oku zarówno jej rodziny, jak i przyjaciółek, Igi, Gosi i Doroty, które usilnie starają się znaleźć jej „ostatnią deskę ratunku”. W końcu kobieta musi mieć „spodnie na krześle”. 

Z ich swatania wyjawia się książę na białym koniu o imieniu Piotr. Ma on swoim pocałunkiem obudzić Śpiącą Królewnę. Szkoda tylko, że ta dość szybko ucieka mu z łóżka, machając mu na pożegnanie chusteczką. Drugiego kandydata, Jerzego (vel Dżerry), stara się utrzymać na dystans, proponując mu kontakty na stopie koleżeńskiej. 

Perypetie sercowe przeplatają się z miejscową aferą autostradową, bezpośrednio dotyczącą Kornelii i jej rodziny. Wybawcą jest oczywiście… czas, który rozwiązuje w tym przypadku skomplikowane problemy dzięki ingerencji oczywiście… nie powiem kogo:)

Powieść o prowincjonalnym miasteczku pod Krakowem, z jego realiami i problemami. Raczej schematyczna, wykorzystująca stereotypy, o nieskomplikowanej fabule, ale napisana z humorem, dlatego przyjemnie się ją czyta. 





  • Renata L. Górska, Cztery pory lata, Wydawnictwo Replika, Poznań 2011

środa, 8 kwietnia 2015

"Szatan z Goraju" I.B. Singer

Sięgnęłam po Szatana z Goraju. „Jest (…)to pierwsza i zdaniem wielu krytyków najlepsza powieść Isaaca Bashevisa Singera” – przeczytałam. Zachęcające. Tym bardziej, że znałam już Sztukmistrza z Lublina, który zrobił na mnie świetne wrażenie.

Nadmuchałam więc balonik oczekiwań i… sssss… powietrze uszło. Stopniowo, w miarę czytania. Jakbym miała jakieś deja vu, wywołane chyba wbitym w pamięć Meirem Ezofowiczem Orzeszkowej. Wciąż odnosiłam wrażenie, jakby część pomysłów autor skopiował od niej. Dopiero wprowadzenie zawirowań związanych z religijnymi sporami zwolenników i przeciwników Sabataja Cwi, kolejnego z mesjaszy, opanowywanie przez zło miasteczka, i stopniowe odchodzenie od realizmu w stronę realizmu magicznego, spowodowało uwolnienie  fabuły od naśladownictwa. Trochę to jednak dla mnie za mało, bym piała z zachwytu.

Jednak dla tych, którzy nie czytali Orzeszkowej, Szatan z Goraju może okazać się odkrywczy. Może też być pouczający. Przesiąknięty jest bowiem, aż po najmniejszą kropkę i najskromniejszy przecinek, judaizmem. I to w formie jak najbardziej ortodoksyjnej.
Singer znał realia takiej społeczności, bo sam się z niej wywodził i wykorzystał w Szatanie swoje wspomnienia. Akcję utworu przeniósł jednak do XVII wieku, w czasy bliskie powstaniu Chmielnickiego (1648). Był to zabieg nietypowy, który wzbudził zdziwienie i niezadowolenie mu współczesnych, uważających, że powinien poruszać w swoich utworach problemy aktualne.

Powieść powstała w Warszawie i tam została wydana w odcinkach (1933) w żydowskim piśmie „Globus” – w jidisz. W formie książkowej wydano ją dwa lata później. 

Utwór nie jest wolny od ideologii syjonistycznej, marzeń „narodu wybranego” o przejmowaniu władzy nad światem, o wyższości nad innymi wyznaniami. Oczywiście, Singer nie do końca chce się identyfikować z tymi skrajnościami, dlatego zostawia sobie otwartą furtkę w postaci… upadku całej społeczności i oczywiście karze za grzechy.
Jak już wspomniałam książka mnie nie oszołomiła. Jest to przyzwoita proza, niewątpliwie godna analizy, ale według mnie wtórna. Dodam, że dość ciężko się ją czyta ze względu na przeładowanie żydowskimi terminami (jest to jednak ten pouczający aspekt lektury, o którym wcześniej wspomniałam). 

Dla koneserów i pasjonatów kultury żydowskiej.


  • Isaac Bashevis Singer, Szatan z Goraju, tłum. Monika Adamczyk - Garbowska, Chone Shmeruk, Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA, Warszawa 2003

środa, 4 marca 2015

"Ktoś we mnie" S. Waters

Według recenzji miała to być powieść grozy. I była… przez jeden moment. Przeszły mi wtedy ciarki po plecach, a z mroku za oknem zaczęły wyłaniać się ożywione cienie. No dobrze, będę sprawiedliwa, to nie był jeden, a dwa momenty. Oczywiście umiejscowione w różnych punktach osi czasu i z różnymi bohaterami w roli głównej. Tak, wtedy się bałam. 

A potem?… wszystko opadło. Emocje, akcja. Fabuła uspokoiła swój „nurt” i tylko od czasu do czasu można w niej było dostrzec wiry i złowieszcze głębie. 

Groza przewijała się w tle, ale jakaś taka przytłumiona, okiełznana, jakby autorka sama przestraszyła się tego, co mogłoby się stać, gdyby…

Stare budynki sprzyjają budowaniu napięcia, szczególnie wtedy, gdy chylą się ku ruinie. Dlatego niszczejący dwór zubożałej arystokratycznej rodziny Ayresów idealnie wpasował się jako główne miejsce akcji (ileż starych zamczysk zyskało złą reputację dzięki literaturze…poczytajcie choćby taki Zamek kaniowski). 

Esencją opowieści jest opis życia jego mieszkańców, po II wojnie światowej niepotrafiących odnaleźć swojego miejsca w nowoczesnym państwie i popadających w coraz większą degenerację; i oczywiście eskalacja wypadków, które przypadły na tę niewielką, trzyosobową rodzinę. Aż się prosi zacytować „siła złego na jednego”.

Sarah Waters nie byłaby jednak sobą, gdyby skupiła się tylko na jednym. Dlatego w progi domu wprowadza osobę z zewnątrz, czterdziestoletniego kawalera, doktora Faradaya. Wywodzi się on z niższych warstw, jego matka pracowała kiedyś dla Ayresów jako niania. Studia skończył dzięki wyrzeczeniom i ciężkiej pracy rodziców (wdzięczność dla ich starań poczuł dopiero po latach – jako młodzieniec wstydził się ich).

Faraday jest pierwiastkiem racjonalnym. Początkowo obiektywnym obserwatorem. 

Napisałam, że początkowo obiektywnym, gdyż w miarę upływu czasu gmatwa się coraz bardziej w sprawy rodziny. Punktem szczytowym w zacieśnianiu jego kontaktu z ziemianami są oświadczyny, które stałyby się wręcz symboliczne, gdyby… zostały przyjęte.  

Nie ma mezaliansu. Nie ma miłości. Nawet na tym poziomie następuje ruina.
Dwór i jego mieszkańcy znajdują się na poboczu. Nie tylko w sferze realnej, duża odległość od innych siedzib ludzkich, ale także społecznej – zubożenie odcina ich od znajomych, spychając na margines. Nigdzie nie pasują. Nawet ich dom ich nie chce.

W miarę wypierania Ayresów (dwa kierunki działań: od zewnątrz i od wewnątrz)– budowa domów komunalnych na ich dawnej ziemi, kolejne zgony za przyczyną „domu” – racjonalność i przeciętność zaczynają wypierać odmienność. 

Autorka świetnie opisuje rzeczywistość powojenną. Przemiany, które wówczas nastąpiły, zmianę mentalności ludzi, zmiany ustrojowe. Pokazuje arystokratów na tle ich służby, kontaktów z klasami niższymi, z dorobkiewiczami. Dlatego domniemana powieść grozy ma bardziej charakter powieści obyczajowej, z delikatną domieszką psychologicznej.

Przy bezrefleksyjnym odbiorze kusi, by ten brak zdecydowania gatunkowego ocenić negatywnie. Czekamy na ducha, pojawia się romans. Czekamy na romans, pojawia się szaleństwo. Czekamy na szaleństwo wkrada się opis kolacji.  

Zawsze jakiś niedosyt i niedopowiedzenie.  Podobnie jak w Pikniku pod wiszącą skałą prowadzące do otwartego zakończenia, ale…  W Pikniku napięcie wciąż rośnie i rośnie, by na końcu zamienić się w wielki pytajnik, a tu… amplituda fali akcji utrzymuje się prawie cały czas na podobnym poziomie.

Najciekawsze zaś w tym niedosycie jest to, że książka jest naprawdę bardzo dobra, skłaniająca do głębszej analizy. Polecam, ale jako powieść obyczajową z lekkim dreszczykiem, bo jako tradycyjny thriller raczej rozczarowuje. 


  • Sarah Waters, Ktoś we mnie, tłum. Magdalena Moltzan-Małkowska, Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 2009